Forum Dyskusyjne » Opowiadania

Bezsenność w Seattle

    • 6 wpisy
    6 sierpnia 2015 13:17:43 CEST

    BEZSENNOŚĆ W SEATTLE

    I

    Pierwsze kilka sekund po przebudzeniu przekonany byłem, że przeraźliwy ból rozsadzi mi czaszkę. Jakby jakiś degenerat ze slumsów próbował mi otworzyć łeb za pomocą dłuta albo któryś z opiekunów Areny ścisnął go zbyt ciasnym ochraniaczem. 

    Obmacałem głowę pojękując mimowolnie i próbując zorientować się, co mi właściwie dolegało. Odrapany sufit, stary poplamiony materac i ciśnięty na środek pokoju sznurowany worek wyglądały boleśnie znajomo. Tak, ocknąłem się w swojej norze, na trzecim piętrze biurowca, którego połowa zawaliła się w ubiegłym roku, a reszta ledwie stała w miejscu trzymana w całości przez ostatnie korodujące pręty zbrojeniowe. Wspomnienia minionej nocy powracały wyjątkowo opornie, ciągiem niedopasowanych nieostrych obrazów. Zabalowałem, chyba u Jacoba...

    Kurwa, worek! Wielokrotnie cerowany, upstrzony mnóstwem łat i tak stary, że bez przerwy rozłaził się w szwach. Nosiłem w nim całe swe życie, cały dorobek ostatnich paru lat. Jego zawartość przesądzała o tym, kim byłem... nie miał prawa leżeć pośrodku pokoju, przerażająco płaski, przypominający wybebeszoną flądrę.

    Zerwałem się z posłania i natychmiast pożałowałem gwałtowności tego ruchu, bo jakiś niewidzialny skurwiel skryty pod kopułą czaszki znowu zaczął łupać mnie kolczastym młotkiem po mózgu, na chybił trafił, ale z sadystyczną wprawą.

    Worek był pusty, wiedziałem to od razu, chociaż głupia nadzieja żyła jeszcze przez kilka sekund, zabita dopiero po zajrzeniu do środka. Zniknęło wszystko: stary odrapany polaroid, wodny filtr, lornetka! I zachowana na specjalną okazję puszka Atomic Juice! Suka zarąbała mi nawet sznurowadła, tylko butów nie ruszyła, bo chyba bała się, że mnie obudzi próbując je ściągnąć z moich nóg.

    Wspomnienia powracały coraz szybciej, budząc na przemian bezsilny gniew i rozgoryczenie. I pogardę dla własnej naiwności. Oczywiście, że byłem u Jacoba, od paru miesięcy nie chodziłem nigdzie indziej. Nie dlatego, że w Seattle brakowało miejsc do wypicia. Bar Jacoba przyciągał mnie jak magnes ze względu na charakter miejsca, w którym go urządzono. W tym popieprzonym świecie wszystko stanęło już dawno na głowie, ale kościół przeistoczony w matecznik rozpusty wciąż wydawał mi się przegięciem dość groteskowym, bym czuł przekorną satysfakcję z nurzania się w grzechu właśnie w tym miejscu.

    Pamiętałem, że nie żałowałem sobie Shining Lady, walnąłem też flaszkę Mutant Blood. Dzień wcześniej udało mi się załapać na załadunek ciężarówek Unitów w fabryce konserw przy dawnej Piątej Alei. Prawdziwy fart: jeden z pilnujących porządku Pacyfikatorów wyciągnął mnie spomiędzy bandy obszarpańców, bo spodobała mu się moja skórzana kurtka. Dostałem na koniec dniówki dość konserw, żeby wymienić je u Jacoba na picie. Kurtka - moja duma i pamiątka z Boise - oczywiście też zniknęła, zwinięta przez tę podstępną rudą szmatę, która przywłaszczyła sobie zawartość mojego worka.

    Przysiadła się przy barze akurat wtedy, kiedy zaczęły mi się rwać myśli. Jacob ma dobry towar i zazdrośnie pilnuje swoich źródeł. Mutant Blood był naprawdę mocny, palił w gardle sfermentowanym ogniem. Ruda zdzira pewnie od początku zamierzała mnie obrobić. Próbowałem ją zbyć, bo nie zamierzałem się dzielić flaszką, ale była uparta. Najpierw tylko szeptała mi do ucha zwyczajowe dyrdymały, potem wsadziła do niego język. Dalej próbowałem ją ignorować, ale nie dałem rady - ryzykowałem, że mi wyliże przez ucho pół mózgu. Alkohol zrobił swoje, wsadzona między moje nogi dłoń rudej zapewne też pomogła. Zabrałem dziwkę do biurowca, w którym pól roku temu uwinąłem sobie zdewastowane gniazdko, a ta po wszystkim oskubała mnie do cna. 

    Mogłem się razu domyślić, że coś z nią było nie tak. W Seattle człowiek może na pstryknięcie palca znaleźć tuzin chętnych dziwek, a każda następna będzie szpetniejsza od poprzedniej. Brak zębów, brak włosów, suchoty, łuszczyca na całym ciele, pozrastane fałdy skórne, cycki obwisłe aż po pępek: do wyboru, do koloru. Choroba popromienna, przywleczone z innych zakątków Stanów zarazy, krzyżowanie się w zbyt ciasnym kręgów krewniaków; wszystko to sprzyjało jak nigdy wcześniej fizycznym wynaturzeniom i genetycznej degradacji. A ta ruda wyglądała na czystą krew! 

    Że też wcześniej mnie to nie tknęło! Była za ładna, żeby rzucać się na takiego włóczęgę jak ja bez wyraźnego powodu, z takim wyglądem mogła przecież sprzedawać z powodzeniem tyłek w Śródmieściu. Jaki mogła mieć powód? Ześwirowana poszukiwaczka ostrych wrażeń? Fanka zubożałych pijaczków? Może założyła się z koleżanką, że puści się z kimś spoza Śródmieścia i wróci na śniadanie cała i zdrowa do domu?

    Wyjrzałem przez wielką dziurę w zewnętrznej ścianie na zawaloną bezwartościowymi śmieciami ulicę. Wstawał kolejny szarobury dzień, jałowy, nużący i przerażający obdarty z resztek sensu istnienia. Wiatr od strony zatoki niósł ze sobą cuchnącą chemikaliami bryzę, wzbogaconą oparami buchającymi z kominów kilku przetwórni rybnych w porcie. Mało co cuchnie równie ohydnie, co rybna mączka, możecie mi wierzyć!

    Ruda złodziejka nie dawała mi spokoju, ale teraz zaczął jeszcze dokuczać pusty żołądek, szarpiący ciało głodnymi spazmami. Musiałem znaleźć szybko robotę albo jakiegoś nieostrożnego szczura. Albo jakiegoś frajera szwendającego się w pojedynkę w zaułkach, do których nie powinien się zapuszczać. 

    Olśnienie przyszło znienacka, jakby uwolnione z kokonu splątanych myśli rozbitego w końcu młotkiem kaca. Worek skrywał w sobie niemal cały mój dobytek, ale nie wszystko. Najcenniejszy przedmiot trzymałem gdzieś indziej, pod spodem podartego brudnego materaca. 

    Domyśliłem się, że zniknął, zanim jeszcze przewróciłem materac na drugą stronę. Teraz wszystko stało się jasne. Wiedziałem już, po co ruda zwabiła mnie do kryjówki i chociaż umiejętnie stworzyła pozory zwyczajnej kradzieży, odkryłem jej prawdziwe intencje. Co nie zmieniało faktu, że była parszywą złodziejką.

    I była cholernie dobra w łóżku, co dopiero teraz zaczynałem sobie przypominać w detalach.

    Potarłem dłonią zarośnięty policzek, kopnąłem materac z nieudawaną złością, która wcale w efekcie tego kopnięcia nie zelżała. Tylko jeden człowiek wiedział, co trzymałem pod materacem. I tylko od niego ruda mogła się o tym dowiedzieć. Suka ukradła mi nie tylko wspomnienie dawnego życia, ale może i coś bezcennego, do czego jeszcze wczoraj nie przywiązywałem najmniejszej uwagi. Z premedytacją albo nie, pozbawiła mnie prawdziwej tożsamości.

    Podejrzewałem, że przez najbliższe kilka nocy znowu nie zasnę. Bezsenność dokuczała mi od lat i chociaż walczyłem z nią za pomocą alkoholu i prochów, toczyłem wojnę skazaną na przegraną. A teraz, okradziony z wszystkiego, co miało jakąś wartość, miałem przesrane na całej linii frontu.


    II

    Knajpa Jacoba była otwarta na okrągło, dzień i noc. Towar schodził skubanemu zbyt dobrze, więc właściciel nie zamierzał tracić czasu na przerwy. Jeśli sam akurat musiał spać, oddawał bar w ręce któregoś z wyćwiczonych w fachu i bezwzględnie lojalnych pomagierów. Swoją drogą, nie znosiłem tych gnojków. Tylko Jacob miał prawo decydować, czy sprzeda komuś towar na krechę, ci skurwiele zawsze żądali gotówki.

    Dotarłem tam w pół godziny, tak na oko. Od dawna nie miałem zegarka, ostatni wymieniłem na wkłady do wodnego filtra kilka miesięcy temu. Niespecjalnie mnie to martwiło, bo komu w dzisiejszych czasach gdzieś się spieszyło? Chyba tylko tym, którzy dogorywali w ostatnim stadium choroby popromiennej i chcieli zdążyć przed odjazdem którejś z okrężnych klinik po przedłużający o kilka dni agonię RadOut.

    Na przysypanych częściowo gruzem, brudnych i bezbarwnych ulicach snuli się zobojętniali na większość spraw przechodnie: obszarpańcy pchający przed sobą wyładowane złomem sklepowe wózki, miejscy myśliwi obwieszeni w pasie upolowanymi w ściekach zmutowanymi szczurami, stręczyciele i ich dziwki. Na widok rozstawiającego ruszta handlarza dostałem takiego skrętu kiszek, że na chwilę aż zakręciło mi się w głowie. Gość chyba zauważył moje spojrzenie, a nie był bity w ciemię, wcale nie był. Zanim wyłożył na grilla pokrojone w kostki mięso, pokazał mi z daleka trzymanego pod ręką obrzyna.

    Miałem kiedyś podobnego, w poprzednim życiu. Miałem wtedy mnóstwo rzeczy. Wszystko przepuściłem na bimber i prochy w czasach po Carson City.

    Fart w końcu się do mnie uśmiechnął, bo Jacob akurat pracował. Rozwalony przy narożnym stoliku w starej zakrystii, wpisywał długie rzędy cyfr do księgi rachunkowej zrobionej z dziesiątków posklejanych ze sobą szkolnych zeszytów. Jeden z jego ochroniarzy, paskudnie naznaczony bliznami drab o przezwisku Gładzioch, spróbował zastąpić mi drogę, ale Jacob spacyfikował go jednym mruknięciem. Potem ściągnął z nosa okulary i pokazał mi długopisem miejsce po przeciwnej stronie stolika.

    - Tak szybko wróciłeś? - oznajmił głosem, w którym ku swemu zaskoczeniu wyczułem nutę nieudawanej troski, choć może tylko tak mi się wydawało - Nie powinienem tego mówić stałemu klientowi, ale chyba za dużo pijesz. 

    - Twoja troska wzruszyła mnie na wskroś - odparłem cierpkim tonem, którego natychmiast pożałowałem. Nie dlatego, że Jacob okazał mi jakieś ludzkie uczucia, po prostu nie chciałem go wkurzyć. Jedno słowo by wystarczyło, żeby Gładzioch wypieprzył mnie z baru na zbity pysk i może jeszcze złamał mi palec albo dwa za karę. Nie takie rzeczy robiono w tym miejscu klientom, którzy się nieopatrznie zapominali.

    - Oprócz picia powinieneś też uważać na dobór słów - zauważył Jacob, nadal zachowując się w dobroduszny sposób - Myślę, że jesteś dobrym człowiekiem. I honorowym. Nie sądziłem, że tak szybko przyjdziesz załatwić sprawę.

    Już wtedy w mej głowie powinno się było zapalić czerwone światełko, ale byłem zbyt wkurzony na rudą złodziejkę, by dotarł do mnie sens ostatnich słów Jacoba.

    - Zdzira, z którą wczoraj wychodziłem - warknąłem dając się ponieść emocjom - Gadałeś z nią wcześniej? Zabrała mi coś, o czym wiedzieliśmy tylko my dwaj. Szukała tam, gdzie trzeba. Nie pasowała do tego baru, przy całym do ciebie szacunku. Uknuliście to we dwoje?

    Wiedziałem, że Gładzioch jest szybki, a mimo to dałem się zaskoczyć. Musiał być na prochach, może na jakimś biostymulancie z San Francisco poprawiającym refleks? Tak czy owak, dostałem na odlew w twarz tak mocno, że obluzowało mi się kilka zębów. Przewróciłem się razem z krzesłem na plecy i przywaliłem potylicą w kamienną posadzkę z siłą wystarczającą, by na chwilę mnie zamroczyło.

    - Wystarczy! - głos Jacoba dotarł do mnie ze spowitej głębokimi mroczkami oddali - Musi być zdolny do spłaty długu, ze złamaną ręką albo nogą nie da rady. Posadź go, Gładzioch, daj coś do picia. Jesteśmy cywilizowanymi ludźmi, na pewno się dogadamy.

    Nie miałem zielonego pojęcia, o jakim on bredził długu, nim jednak zdołałem cokolwiek wykrztusić, głód, kac i ogólne zmęczenie zrobiły swoje.

    Zemdlałem.


    III

    Ocknąłem się na krześle, posadzony na siłę przez Gładziocha. Jacob nadal tkwił za stolikiem opierając o niego swe sadło, spoglądał na mnie ponad szkłami zsuniętych na czubek nosa okularów. Za wejściem do zakrystii widziałem pierwszych tego dnia klientów - a może ostatnich minionej nocy - zerkających w naszą stronę, poszeptujących między sobą. Widzieli jak oberwałem, a to przynajmniej na jakiś czas czyniło mnie trędowatym w ich gronie. Lepiej było trzymać się z daleka od kogoś, kto wzbudził gniew Jacoba.

    Głowa bolała mnie jak cholera i pewnie mocno się krzywiłem, bo tłuścioch przybrał pocieszającą minę i poklepał mnie po dłoni. Drań wiedział doskonale jak manipulować emocjami innych, był przecież kiedyś księdzem!

    - Niepotrzebnie się uniosłeś, ale ci wybaczam - oznajmił wielkodusznie, a stojący obok mnie Gładzioch burknął coś z niezadowoleniem - Skoro już zaczęliśmy temat, załatwmy sprawę do końca.

    - Zawsze za wszystko płaciłem - odparłem starając się trzymać nerwy na wodzy; teraz wiedziałem już, na co było stać Gładziocha - Nie wiszę ci nawet jednej kurewskiej łuski, dobrze o tym wiesz.

    - Nie chodzi o rachunki z baru - powiedział Jacob wzruszając ramionami - Okazało się natomiast, że mamy wspólnych znajomych. Uwierzyłbyś? Zrządzeniem losu poznałem bliżej kogoś, kto chciał z tobą odświeżyć starą znajomość. 

    Chociaż w głowie wciąż mi się kręciło, mimowolnie stężałem. Ostatnie słowa Jacoba nie wzbudziły mej radości, bo w starym życiu pozostawiłem zbyt wielu znajomych, którzy chcieliby odnowić wspólny kontakt z niebezpiecznymi dla mnie konsekwencjami.

    - Niejaki Rutger Hauerine, pamiętasz go jeszcze? - wyjawił Jacob przerzucając kartki swej księgi - Na początku powątpiewałem w jego prawdomówność, ale zdołał mnie przekonać, że naprawdę byliście wspólnikami.

    Krew ścięła mi się w żyłach. Klątwa Carson City powróciła, a wraz z nią wspomnienia, które odbierały mi każdej nocy sen.

    - Powiedzmy, że go znałem - przyznałem po dłuższej chwili milczenia - Jak się miewa? Jest w Seattle?

    - Nie ma go tutaj i myślę, że wcale cię to nie zmartwiło - odparł Jacob świdrując mnie przenikliwym wzrokiem - Był tu miesiąc temu z nakazem płatniczym, ostemplowanym przez Konfederację Odrodzenia. Bardzo się starał cię odnaleźć, ale Seattle to duże miasto, sam wiesz. Trafił na mnie, od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, że może mu chodzić o ciebie. 

    - W ostatnim miesiącu odwiedziłem tę budę co najmniej dziesięć razy - warknąłem dając się znowu ponieść nerwom - Długo czekałeś z przekazaniem pozdrowień, prawda?

    - Jak przemyślisz wszystko na spokojnie, jeszcze będziesz mi wdzięczny - wielkoduszny ton grubasa zaczynał mnie naprawdę drażnić - Mocno tego gościa wkurzyłeś, wiesz? Gdyby cię dorwał miesiąc temu, moglibyśmy już się więcej nie zobaczyć. Nic do ciebie nie mam, nawet cię lubię. Ludzie umierają na okrągło, od chorób, od ołowicy, pogryzień. Szanuję starych klientów, dbam o nich, tak szybko odchodzą.

    - Chyba się zaraz poryczę z wzruszenia - prychnąłem próbując wypchnąć z umysłu wspomnienie rozjuszonej twarzy Hauerine - O co chodzi z tym długiem?

    - Potraktowałem całą sprawę jako inwestycję - tłuścioch znalazł coś w swej księdze, odwrócił ją w moją stronę postukując w kartkę palcem - Wykupiłem twój stary weksel. Wisisz mi od miesiąca pięć tysięcy naboi, ale na razie nie naliczałem żadnych odsetek.

    Zatkało mnie dokumentnie. Suma wymieniona przez Jacoba była czystą abstrakcją, zupełnie dla mnie nieosiągalną. Gdybym jakimś cudem dostał stałą robotę w fabryce Unii albo w przetwórni mączki, musiałbym tyrać przez okrągły rok żrąc jedynie szczurze ogony, żeby tyle uskładać. Znowu zakręciło mi się w głowie i to tak mocno, że musiałem się złapać krzesła, żeby nie spaść.

    - Słabo ci? - spytał Jacob - Napijesz się czegoś? Gładzioch, przynieś mu szklankę Shining Lady.

    - Dziękuję, nie stać mnie - jęknąłem czując, że osuwam się w bezdenną przepaść - Co teraz? Chcesz mnie odsprzedać na przeszczepy? Wystawisz na aukcję na Arenie? Zaraz... ta ruda suka była z tobą w zmowie?

    - To dobra dziewczyna - grubas pokiwał w odpowiedzi głową - Grzeszy jak my wszyscy, takie czasy, ale ma na sumieniu znacznie mniej niż większość z nas. Znacznie mnie niż ty, dla przykładu. Od miesiąca zastanawiałem się nad sposobem spłaty tego długu. Ranisz mnie sugestiami, że mógłbym cię pokroić dla wątroby i nerek. Pomijając już ludzki aspekt takiego aktu, szczerze wątpię, by twoje organy były wiele warte. Za bardzo się zeszmaciłeś.

    - Oszczędź sobie szczerości - ostatnia uwaga zabolała mnie najbardziej; pewnie dlatego, że była w stu procentach trafna - Po co ci była odznaka?

    - Mnie do niczego - cmoknął Jacob - Agencja Dozoru to skorumpowana banda, wolę się trzymać od niej z daleka. Ale ta dziewczyna szukała czegoś takiego dla siebie i ktoś skierował ją do mnie. Nie wiem, do czego jej była potrzebna, od dawna już nie spowiadam grzeszników. Dałem jej dokładne namiary, a ona zrobiła resztę. To nic osobistego, zwykły interes. I nie rób takiej miny, bo potraktowałem to jako spłatę części długu. Jeszcze się zastanawiam nad jej wartością, ale to będzie zależało od entuzjazmu, z jakim się weźmiesz do odpracowania reszty weksla.

    - Odpracowania? - powtórzyłem niepewnie, próbując naprędce odgadnąć implikację tego stwierdzenia - Czy to znaczy... masz dla mnie pracę?

    - Już ci powiedziałem, że koniec końców będziesz mi wdzięczny - Jacob wyprostował się na skrzypiącym pod jego ciężarem krześle, uśmiechnął się jowialnie prezentując liczne luki w uzębieniu - Mogłeś skończyć dużo gorzej.

    Gdybym wtedy wiedział, co szczwany drań uknuł, pewnie wcisnąłbym mu tę jego księgę w gębę, nie zważając na pięści Gładziocha!

    • Moderator
    • 284 wpisy
    10 sierpnia 2015 13:30:32 CEST

    Czyta się z zapartym tchem! Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy. Dla mnie... BOMBA!

    • 6 wpisy
    10 sierpnia 2015 17:18:43 CEST

    Będzie na pewno ciąg dalszy - szkic opowiadania jest w całości, potrzebuję tylko trochę czasu na napisanie kolejnych rozdziałów! Jestem pisaczem-amatorem, to moje pierwsze podejście do settingu AFB. Jeśli się uda, pewnie posiedzę u Was dłużej.

    • 61 wpisy
    13 sierpnia 2015 12:05:44 CEST

    Znakomicie się czyta :) Pisz i wrzucaj - sądzę że nawet będzie z tego pewna inspiracja dla paru osób jak ich znam 

    • 1042 wpisy
    14 sierpnia 2015 11:39:48 CEST

    Bardzo fajnie się czyta, moje szczere gratulacje. Cieszę się, że i w tym dziale forum coś się pojawia, bo pomysłów było/jest multum - opowiadań raczej mało... Czekam na ciąg dalszy zatem.

    • 124 wpisy
    5 września 2015 11:33:00 CEST

    Bardzo dobre czekam na kontynuację.

    • 6 wpisy
    22 września 2015 21:15:30 CEST

    IV 

    Czy wspominałem Wam kiedyś, że nienawidzę pływania? W tym popieprzonym świecie woda prawie zawsze niesie ze sobą śmierć, chociaż niektórym trudno to sobie wyobrazić. Skrywa cały wachlarz toksyn, chorobotwórczych bakterii, mutagenów, gówna kosmitów i innego syfu mogącego człowiekowi przeżreć trzewia w ciągu kilku godzin. Co gorsza, w jej mętnej toni żyją stworzenia znacznie bardziej od ludzi odporne na ten koktajl, agresywne, mięsożerne i zajadłe do granic możliwości.

    Na otwartym morzu sprawy mają się podobno lepiej, ale jak dotąd nie miałem okazji tego sprawdzać. Do teraz.

    Jacob nie miał dużego kłopotu ze znalezieniem dla mnie roboty, bo na rybackich kutrach łowiących u wybrzeży kontynentu zawsze brakuje rąk do pracy. Śmiertelność wśród rybaków od dawna pozostaje ekstremalnie wysoka - ludzie giną rażeni piorunami podczas nagłych burz, wypadają podczas sztormu za burtę, wplątują się w sieci, są gryzieni, żądleni i rozrywani przez całą morską menażerię, którą w teorii powinno serwować w portowych jadłodajniach.

    Pomijam już fakty, że na załogi rybackich kutrów składają się paskudne indywidua, którym nikt nie zaoferuje uczciwej roboty na lądzie. Z takimi ludźmi lepiej nie zadzierać... zresztą w przypadku niektórych z nich trudno w ogóle mówić o ludziach.

    Gładzioch odprowadził mnie do portu w towarzystwie dwóch napakowanych kolesiów. Na początku myślałem, że trzymali się blisko mnie i siebie nawzajem z powodu zatargu z jakimś miejscowym gangiem, ale olśniło mnie na widok statku. Oni po prostu pilnowali, żebym nie uciekł!

    Nie miałem pojęcia, dlaczego ta krypa dotąd nie zatonęła. Dopiero później odkryłem, że rdza najbardziej zniszczyła nadbudówki kutra, ale w pierwszej chwili nie było tego widać, więc przerażenie dosłownie odebrało mi mowę. Pogięte relingi, dziury w miejscu części bulajów, urwana kotwica... lista zdawała się ciągnąć bez końcu. Strach przed wodą na tyle odebrał mi rozum, że pozwoliłem się wprowadzić po chybotliwym trapie na pokład tego żywego trupa, a kiedy w końcu otrzeźwiałem, było już za późno na odwrót. 

    Kapitan kutra czekał tylko na mnie, uprzedzony wcześniej przez Jacoba o znalezieniu nowego rybaka. Kiedy ktoś w końcu raczył się do mnie odezwać, statek już był w ruchu. Opuściliśmy port w Seattle kierując się na Popielną Górę, wyjałowiony górski masyw, który osłaniał miasto przed otwartym oceanem.

    W ciągu pierwszych kilku godzin wyrzygałem wszystko, co zjadłem w ostatniej dekadzie, ale nie myślcie sobie, że wtedy mi przeszło. Nawet do cna pusty, żołądek dalej szarpał mi się jak szalony. Sądzę, że w normalnych okolicznościach załoga kutra kwiczałaby ze śmiechu na ten widok, lecz okoliczności nie były normalne i to z mojej winy. Przerażony wizją wypadnięcia za reling, nie dałem się wypędzić spod pokładu kutra i od razu na początku zwymiotowałem prosto do czyjegoś hamaka.

    Właściciel hamaka zwał się Borgo i był największym skurczybykiem, jakiego w życiu spotkałem. Musiał się wcześniej zadawać z Konwertytami, bo na lewą połowę jego kanciastej twarzy składały się tworzące groteskową maskę metalowe implanty. Już sam z siebie szkaradny, przez wzgląd na ten implant Borgo potrafił przebić szpetotą niejednego cargo, ale ewidentny brak urody nie był bynajmniej największą jego wadą.

    Przekonałem się o tym bardzo bolesny sposób z powodu jednego zasranego hamaka! Przepraszam, zarzyganego...